Konkurs!

135x167-zycieSpoleczenstwo1.png

No, nie płacz, wrócę tu. Nasz los nie taki zły…

26.05.2015 (wtorek)

Jak wyruszyć na wycieczkę?
- Zabrać „Opowieści z Narnii” i kulę disco z sali świetlicowej.
- Podpisać kartę wycieczki i zostawić w sekretariacie.
- Zabrać torbę pełną leków.
- Sprawdzić listę.
- Załadować zgrzewkę wody „na wszelki wypadek”.
- Przyjąć kolejną porcję leków, karteczek z opisem dawkowania oraz… wielki inhalator!

Potem zrobić zbiorowe „pa, pa!” i w ramach prezentu na Dzień Matki jechać w siną dal. My = klasa 3c (ta moja), klasa 2c + pani G. oraz pani psycholog z córką dla ogólnego wsparcia obu klas. Pilotem wycieczki jest pan z firmy wycieczkowej, a po drodze jeszcze zgarnęliśmy pana od Survivalu. Wesoła kompania, nie ma co…

Po moim standardowym występie, podczas którego wcielam się w stewardessę i prezentuję wyjścia awaryjne, metodę zapinania pasów oraz sposób postępowania w czasie gwałtownej dekompresji powietrza w kabinie, moi uczniowie przystąpili do prezentowania mi swojego ekwipunku. Obejrzałam wszystkie książki, latarki, zabawki, słodycze oraz fachową busolę, dzieki której Rysiek i Maciek przez pół godziny nas zamęczali okrzykami „Jedziemy na północ!”, „A teraz na południowy wschód!”, itd. (miało to niewiele wspólnego z rzeczywistością). Po drodze odbyły się tylko dwie serie wymiotów i to w klasie 2c, więc pozwoliłam sobie nie patrzeć. Naczelnej hejterce klasy 3c, Krysi, też zrobiło się mdło pod koniec jazdy, więc musiała przełknąć odrazę i poprosić mnie o pomoc. Wspólne siedzenie na jednym fotelu i głaskanie po rączce milcząco uznałyśmy za ogłoszenie rozejmu.

Na miejsce dojechaliśmy w okolicach pory obiadowej. Miejsce okazało się cudne. I do tego były kozy!

Niestety, zanosiło się na deszcz, więc zajęcia sportowe odbyły się w hali sportowej pobliskiej szkoły. No i wtedy zaczęły się schody. Po pierwsze, w czasie zajęć panie nauczycielki tracą władzę i kontrolę. Ja to zawsze kiepsko znoszę. Po drugie, okazało się, że pan Pilot i pan Survivalowiec pracują ze sobą po raz pierwszy. Pan Pilot musiał jednocześnie ogarniać dwie klasy i uczycić pana Survivalowca, co się robi w takich sytuacjach. Po trzecie, zajęcia były kiepskie. Głównie proponowali dzieciom sztafety w dwóch drużynach. Oznacza to, ze jedno dziecko biegnie, a dwadzieścioro patrzy. Po kilku godzinach spędzonych w autokarze energia rozsadzała moich przyjaciół i trudno było ich okiełznać. Czemu tu się dziwić?

Siedząc na tej trybunie i próbując się zdystansować od narastającego na boisku chaosu, doszłam jednak do pokrzepiającego wniosku… Znam te dzieciaki na wylot. Przynajmniej część. Jeden rzut oka i widać, kto wkurzony, kto znudzony, a kto ma doła… A potem musiałam przerwać rzewne rozkminy i opanować atak furii Mani (patrz: http://bedac-mlodym-pedagogiem.blog.pl/2015/03/18/kazdy-kij-ma-dwa-konce/), gdyż pan Pilot niesłusznie przyznał punkt przeciwnej drużynie i w ogóle, wszystko jest DO BAAANIII!!!

Wieczór przyniósł nowe rozczarowanie. Otóż, mieliśmy dyskotekę! Ale nie jakąś tam zwykłą… To była dyskoteka z muzyką, której dzieci nie znały ani nie polubiły (jakieś umca, umca), bez picia, bez możliwości wyjścia z sali, i z boom-boxem, który nie dawał rady przebić się przez wrzask dzieci. Była za to kula disco. Tak, właśnie ta, którą wzięłam ze szkoły osobiście.

Wyszło też na jaw, że jednak moja 3c jest bardziej marudna niż 2c, która mimo wszystko jakoś tam się bawiła w niesprzyjających warunkach. Za to 3c objawiła inne cnoty:

Lena: Proszę pani, znalazłyśmy z Irenką Kacpra na schodach. Płakał, bo go głowa boli, to go zabrałyśmy na świeże powietrze.

W takich chwilach ciężko znieść, że ktoś inny prowadzi zajęcia. Zawsze wychodzi jakoś krzywo… W końcu zabrałam dwóch z bólem głowy do pokojów, a sama zaczęłam u siebie segregować leki i karteluszki, bo wieczorem miałam rozdać masę pigułek i bałam się, że w tym poginę. Po jakimś czasie za schować rozległ się wrzask i ryk. Klub hejterek klasowych wszedł do mojego pokoju z listą zażaleń, które w sumie wydawały się słuszne, bo wodę na imprezie powinni dzieciakom dać. Napoiłam towarzystwo, wysłuchałam jęków, ogłosiłam czas na mycie i godzinę czytania na dobranoc, a potem zeszłam do wychowawczyni 2c, żeby zapytać, czy naprawdę było tak źle. Krótko gadałyśmy, bo się dowiedziałam, że się z moją klasą pieszczę i powinnam przestać. Na szczęście, miałam w pokoju psychologa i uznałyśmy, że się mam tą opinią nie przejmować.

Potem zaś nadeszły wieczorne rytuały: Syropki, leki, tableteczki oraz zaganianie do mycia. Ja zaś dodatkowo próbowałam znaleźć „Opowieści na Narni” i… NIE BYŁO!!! Toż to katastrofa! Kacper umrze z rozpaczy (już trzy razy pytał, o której będzie narniowanie)! Z paniką w oczach wywaliłam wszystkie rzeczy z torby. Przecież pamiętałam, że brałam tę książkę ze świetlicy! Gdzież ona się podziała?! Nie ma…

Wyszłam bardzo skruszona z pokoju i poszłam do Kacpra.
Ja: Kacper, stała się rzecz straszna. Muszę Cię przeprosić.
Kacper: Tak?
Ja: Nie mogę znaleźć „Narnii”. Poszłam po nią rano do sali i byłam pewna, że zabrałam, ale nie ma. Bardzo mi przykro.

Chłopię od góry do dołu pokryła warstwa smutku. Słowo daję, było widać, jak się rozlewa. Mi się serce ścisnęło, a on do mnie mówi: Nic się nie stało.

Nic się nie stało?! Kurcze, co to za dzieci jakieś niesamowite w tej klasie!

Pożyczyłam w te pędy książkę od Zosi („Piaskowy wilk” – polecam!) i rytuał czytania odbył się zgodnie z planem. Ustaliliśmy też, że „narniowanie” to już nazwa czynności niezależna od tego, jaką książkę się czyta. Książka okazała się w porządku, więc Kacper odżył, a ja razem z nim.

Potem zagoniłam wszystkich do łóżek i zaczęłam nasłuchiwać. W sumie, poszli spać całkiem grzecznie. Jeden babski pokój trochę łobuzował, ale ogólnie wszystko w normie. Były za to dwie ciekawe sprawy w nocy:

Basia: Proszę pani, bo ja się boję tego chrząkania.
Ja: To chrząkanie to Antek, który ma kaszel. Dałam syrop, pewnie mu przejdzie.
Basia: Acha.

Bartek<spotkany około północy na korytarzu o kamiennej posadzce, boso>: Bo ja mam taki problem i nie wiem, dokąd pójść.
Ja: A jaki masz problem?
Bartek: Zimno mi w stopy…
<szok i niedowierzanie>
Ja: Bartek, to trzeba iść po skarpetki.
Bartek: Okay.
Poszłam z nim, ale zanim wyszukałam w jego szafce skarpetki, już spał.

Odbyło się również premierowe budzenie Rysia na siku. Po konsultacjach z panią K. (wszak jest psychologiem i matką) udałam się z lekką tremą do jego pokoju, zapaliłam światło w łazience, otworzyłam drzwi, potarmosiłam go chwilę, powiedziałam: „Rysiek, idź do łazienki”, a on poszedł. Był na tyle przytomny, by zamknąć za sobą drzwi, więc ja nie wiem, w czym miał być problem…

Zasnęłam po północy tylko z lekkim stresem na tle jakości zajęć dnia następnego. Spało się przyzwoicie :)

Na kei piękne panny stoją, w oczach błyszczą łzy…

25.05.2015 (poniedziałek)

Jutro jedziemy na wycieczkę, czyli mam szafki pełne leków, karteczek i kosmetyczek z instrukcjami aplikacji syropków na kaszelek. Troszkę to trąci hipochondrią. Na przykład taka sytuacja:

Tata B.: Ja to uważam, że on jest zdrowy, ale żona kazała przynieść (w załączniku torba pseudo-lekarstw, w tym TRAN, bez którego od razu się umiera.)

Są też inne sprawy:

Mama G.: Proszę pani, ja to pani w wielkiej tajemnicy mówię… Jakby Rysiek się dowiedział, to bym miała awanturę, że pani powiedziałam. Jest taka potrzeba: Rysia trzeba w nocy budzić na sikanie. Tylko on w ogóle nie chce o tym rozmawiać, więc w dzień, to pani nic z nim nie ustali. Trzeba około północy obudzić i kazać mu iść do łazienki. Ale jest jeszcze jeden problem: On słabo w nocy kontaktuje. Wygląda, jakby się obudził, ale to tylko wrażenie, bo nic nie kontaktuje. Także trzeba mocno go budzić. Tylko proszę, niech się koledzy nie dowiedzą!

Czyli, że co? Że mam w nocy obudzić chłopca, którego nie da się obudzić w taki sposób, by nikt inny w pokoju się NIE obudził, a potem kazać mu iść do łazienki w taki sposób, by on się nie dowiedział o tym, że ja wiem, że trzeba go budzić na sikanie?!

Drobiazg!

Scena druga:

Mama W. <kucając za moim biurkiem, konspiracyjnym szeptem>: Pani M., ja pani muszę coś opowiedzieć. Dziś jakoś długo wychodziliśmy do szkoły, bo Franek co chwilę miał ochotę na mizianie. No dobra – myślę sobie – trzeba miziać, to miziamy. Miziamy, miziamy, ale w końcu mówię: „Franek, na wycieczce, to z panią M. będzie mizianie.”, a on mi na to: „Pani M. chłopców nie mizia”.

Na mnie spadł dreszcz przestrachu i zaczęłam Mamie W. (którą pasjami uwielbiam) tłumaczyć, jak to jest z tymi samcami alfa i że środki zastępcze od miesiąca stosuję, i że to trudna sprawa, bo tym chłopcom nie chcę narobić obciachu, i że dziękuję za wieści – spróbuję coś wymyślić z tym mizianiem.

Mama W. popatrzyła mi głęboko w oczy, rzekła: „Kocham panią, pani M.” i poszła.

Także teges… Witaj, przygodo!

Rachunek sumienia

29.04 (środa)

Umówiłam się dziś z koleżanką. W cudownej cukierni „na rogu” tuż obok mojej szkoły, tuż po pracy. Rzekłam jej przez telefon: „Tylko ostrzegam, że mogę się trochę spóźnić, bo dzieci lubią rozpoczynać płacz tuż przed moim wyjściem do domu”. Wykrakałam. Albo znam już dobrze życie…

Aby zrozumieć w pełni całą scenę, trzeba wiedzieć, że w klasie 3c męczą Kacpra. Długo nie rozumiałam, czemu akurat jego, bo ani nie jest największą pierdołą, ani nie jest najgłupszy, ani nic z tych rzeczy… Osobiście, typowałabym ze trzy inne osoby na kozły ofiarne, ale nie. 3c jest rozwinięta intelektualnie i ambitna wielce, więc struktura klasowa także nie może być zbyt prosta. W końcu doszłam do tego, że Kacper wścieka się najbardziej efektownie spośród chłopaków. Zatem wkurzanie go oznacza wdzięczne przedstawienie. Niestety. Ja mam do niego dziką słabość, bo objawia niesamowitą inteligencję emocjonalną, a poza tym „jest przyjacielem Narnii”.

Koniec wstępu. Rzecz dzieje się ok. 16:30 (pół godziny do końca pracy).

Kacper: Proszę Pani… Oni nie chcą mi dać klocków.
Ja: A powiedziałeś „STOP” na zabieranie klocków? Przypomnij, że są wspólne.
Kacper: Powiedziałem, ale oni mi nie dają się z nimi bawić.

Zirytowana idę na pomoc.

Ja: Proszę Państwa, Kacper chce się z Wami bawić, a nie może. O co chodzi?
Michał: Bo nie poprosił…
Ja: Kacper, nie poprosiłeś?
Kacper: Poprosiłeee-eeem…
Ja: To może uznamy, że Michał nie słyszał. Przewijamy tę scenę. Kacper poprosi i będzie OK.
Kacper. No, dobra. Hej, dajcie mi trochę klocków.
<Mój znaczący wzrok>
Franek: No, dobra. Masz te tutaj.
<Michał niezadowolony coś burczy pod nosem. Mi skacze ciśnienie>
Ja (rycząc potężnie): Możesz mi powiedzieć, co jeszcze ci nie pasuje?! Poprosił drugi raz. Co trzeba zrobić, żeby się z tobą bawić?! Błagać trzeba?!

Cała sala zamarła, bo ja zasadniczo jestem mówiąca, nie wrzeszcząca. Raz na jakiś czas mam jednak wejście smoka i lud zamiera w popłochu. Lud zamarł, Michał się obraził, ja wróciłam do dyżuru pod domofonem (akuracik obok śmietnika), Kacper miał klocki.

Po kilkunastu minutach zaczęłam się zbierać do wyjścia. Poszłam rzucić okiem, jak się Michał miewa i odkryłam, że miewa się średnio. Siedział dalej naburmuszony, więc się przysiadłam.

Ja: Obrażony chyba jesteś, hm?
Michał milczy, Franek potwierdza.
Ja: Może chcesz pogadać, zanim pójdę do domu?
Michał: Nie!
Franek: Niech pani z nim pogada.
Ja: Jak ty mi nic nie powiesz, to chyba zaraz Franek powie zamiast ciebie…
Michał. Proszę pani, chcę porozmawiać, ale nie tutaj.

Powaga unosiła się w powietrzu, więc wyszliśmy na korytarz. Wśród wielkiego szlochu Michał mi wyłożył przyczyny swego oburzenia. Otóż, okazuje się, że poprosić o klocki to jest coś innego niż poprosić o dołączenie do zabawy. Kacper prosił o klocki, a ja wrzeszczałam, że Michał odmówił wspólnej zabawy, a to przecież coś innego… Jakoś to przełknęłam i grzecznie przeprosiłam za nieporozumienie. A potem nastąpiło coś jeszcze:

Michał: Ja panią też przepraszam! <szloch>
Ja: Chyba nie mnie… Kacpra trzeba przeprosić.
Michał. Nie. Panią. Bo ja… <szloch> Bo ja… <dużo szlochów> Bo ja źle o pani myślałem!
Ja (oszołomiona wyznaniem): Michał, spokojnie. Tak to już bywa, że uczniowie się wkurzają na nauczycieli.

W tym momencie tata Krysi z 2a przyniósł mi z sali klocek piankowy, żeby mi pupa nie zmarzła i życzył powodzenia.

Michał (dalej wśród szlochów): Ale to nie wszystko… Bo ja… Bo ja jeszcze… Ja źle o pani MÓWIŁEM! Tam przy stoliku… <spazmy> A tak naprawdę to pani jest najlepszą świetliczanką, jaką znam! <seria chlipnięć>
Ja (rozczulona do granic wytrzymałości): Mhm… To przykre, ale ja oczywiście się nie gniewam. Jest taka zasada, że jak kogoś się niesłusznie skrytykowało, to potem można powiedzieć coś miłego o tej osobie dla wyrównania. Co ty na to?
Michał: Dobrze. Ja panią bardzo przepraszam! <szloch>
Ja: A chcesz chusteczki?

Chciał.
20 min. po teoretycznym zakończeniu pracy Michał nadawał się ponownie do samodzielnej egzystencji. Więc już poszłam na to ciastko z koleżanką… :)

Nie zapomnij!

08.04.15 (środa)

Lubię powroty do szkoły po feriach. Miło spotkać długo niewidzianych. Jestem wszak istotą stadną… Oni też.

W środy standardowo wita mnie w świetlicy 2a. Procedura uświęcona kilkumiesięczną tradycją zakłada obecność Hani na moich kolanach. Dziś jednak obecność ta przedłużała się i przedłużała, a Haneczka sprawiała wrażenie, jakby się chciała przewiercić przeze mnie na wylot.

- Hania, a w czasie Świąt to Cię przytulali? – zapytałam.
- Nie. – rzecze Hania.
- No, jak to?! Zapomnieli?
- Chyba zapomnieli…

Uzupełnianie niedoborów trwało ponad 20 min.
Stąd mój apel: Drodzy Rodzice! W czasie ferii musicie godnie zastępować panie ze świetlicy. Nie można zapominać o przytulaniu!

Z przytulaniem to jest w ogóle skomplikowana sprawa. Jak wiemy, jest szalenie zdrowe (wiemy, bo pisaliśmy pracę magisterską na ten temat). Jako zdrowe jest lubiane przez dzieci, bo one najlepiej wyczuwają, co jest zdrowe. A jak jest nielubiane (tak całkiem, całkiem i w ogóle), to prawdopodobnie coś z dzieciakiem jest nie w porządku. Lub z jego rodziną.

W klasach istnieją jednak rozmaite układy i układziki, które rzutują na owo upodobanie do przytulania, zwłaszcza wśród panów. Panowie bowiem walczą o pozycję w hierarchii nieco inaczej niż panie. Panowie muszą być silni, dobrze grać w nogę i posiadać tupet do rozrabiania, przynajmniej czasem. Panie powinny być ładne, bogate i objawić jakikolwiek talent. Dziewczynki mogą zatem przytulać się bezkarnie. Chłopcy gorzej.

Zauważyłam już dawno, że z męskim przytulaniem jest szalenie różnie: albo cała klasa (bez względu na płeć) rozkosznie rzuca mi się na szyję lub pada do stóp, gdy tylko tego zapragnie (np. 2a, 4b), albo ani jeden chłopak nie inicjuje takiego kontaktu (np. 3c, 5d). Dziwne mi się to wydało, bo statystycznie w każdej klasie powinno być rozmaicie, zależnie od upodobań konkretnych dzieci. Podjęłam obserwacje i wniosek w końcu wyciągnęłam: Wszystko zależy od samca alfa. Jeśli wódz lubi przytulanie (i wszelkie wariacje na temat), to cała męska część klasy też idzie w tę stronę. Jeśli wódz jest bezdotykowy: Zgiń, zapomnij! Tylko, co z tymi biedakami, którzy czasem potrzebują czułości, a hierarchia zrodziła inne zasady?

Teraz mam realne zmartwienie w tej kwestii, bo w maju jadę na cztery dni z kl. 3c na wycieczkę. Dla połowy z nich to pierwszy wyjazd bez rodziców. Teoretycznie potrzeby dotykowe mogą się zrodzić u wszystkich. Ale wszak nie mogę im narobić obciachu! Oj, mam zgryz…

Na szczęście, istnieją zastępcze środki zaspokajania tychże potrzeb, z których teraz maniacko korzystam w 3c, aby oswoić temat: przewalanie się po klockach, wojna na łaskotki, przybijanie piątek, tarmoszenie czupryn i genialna, wspaniała zabawa: „Zapchany kibel”!

Moja genialna klasa sama wymyśliła „zapchany kibel” i grają w to już od połowy kwietnia. Tytuł zabawy mnie nieco odstręczał, ale w końcu poszłam na plac zabaw, żeby sprawdzić, co za czort. Wyszłam po godzinie ubawiona po pachy. Cała akcja wymaga zjeżdżalni i bezpiecznego podłoża pod zjeżdżalnią. Pierwsza osoba zjeżdża, ale nie schodzi na bok, a kolejne wjeżdżają w nią, tworząc coraz większe zwałowisko ciał. Ze względów bezpieczeństwa ustaliśmy, że pupa musi dotykać pochylni, a nogi muszą być poza nią…

Słuchajcie, to jest genialne! Zwłaszcza, gdy ja jadę pierwsza. Bo ci, co mają potrzeby czułościowe jadą tuż za mną. A jak już nie mam siły tego towarzystwa utrzymać, to wysypujemy się na piach i też jest śmiesznie. 1c nam pozazdrościła, dołączyła się do zabawy i już jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. A w dzienniku widnieje zapis: Zabawy na placu zabaw, gra „Hydraulik”.

Po południu zaś byłam świadkiem innej miłej sceny: Kacper i Michał (najwięksi wrogowie sprzed roku) prawie pół godziny kotłowali się we dwójkę wśród piankowych klocków. Okładali się nimi, turlali, toczyli, skakali i śmiali w głos. W końcu musiałam zapytać:

- Jesteście szczęśliwi?
- Tak!

Balsam na serce. Kurtyna.

Procedury wyjadają rozumy

01.04 (środa)

Dzisiaj jest wielki dzień: sprawdzian szóstych klas. Podobno „sprawdzian” a nie „egzamin”, ale – moim skromnym zdaniem – trzeba mówić „matura”.

Różnice pomiędzy sprawdzianem szóstoklasisty a maturą są niewielkie:

- Zdający są młodsi o jedyne 6-7 lat.
- Nie da się go oblać.
- Gimnazjum jest obowiązkowe.
- Materiał, którego dotyczy egzamin, jest opanowany przez każdą osobę ze średnim wykształceniem.
- Seria egzaminacyjna trwa pół dnia, a nie pół miesiąca.

Ze względu na powyższe bagatelne różnice, procedury są identyczne, jak na maturze, tzn.:

- W komisji dla danej klasy nie może być jej wychowawca, ani nauczyciel danego przedmiotu (mimo, że najbardziej chcą podpowiadać panie ze świetlicy :) a zakres materiału z dowolnego przedmiotu jest znany każdemu nauczycielowi).
- Wejście do sali poprzedza losowanie miejsc, naklejanie kodów kreskowych, przepisywanie peseli, kodowanie kart i inne stresujące czynności.
- Uczniowie przynoszą swoje długopisy i inne linijeczki do szkoły przed sprawdzianem w przeźroczystych saszetkach i otrzymują je od komisji dopiero, gdy zajmą miejsca.
- Każdej sali pilnuje trzech nauczycieli, w tym: jedna osoba z innej szkoły. Dotyczy to takie sal, w których sprawdzian pisze jeden uczeń (bo ma np. nauczyciela wspierającego w czytaniu). Da porównania: matury międzynarodowej pilnuje jeden nauczyciel!

Anegdotki dodatkowe są takie:

W tym roku padł pomysł CKE, by w każdej szkole przed egzaminem narysować szkice wszystkich sal, w których będzie się odbywał sprawdzian wraz z zaznaczeniem krzeseł dla członków komisji i obszaru, który będzie obserwował każdy z członków. Pomysł odrzucono. Na szczęście!

W poprzednich latach panował przepis, iż komisja egzaminacyjna nie może się ruszyć z miejsca po rozpoczęciu sprawdzianu. Słyszałam o sytuacji, gdy dziewczynka z zespołem Aspergera „zawiesiła się” patrząc w okno i przerwała rozwiązywanie zadań. Komisja powinna siedzieć i nic nie robić. Niech ma dziewczę zero punktów… Na szczęście, nauczyciel z obcej szkoły kazał „obudzić” dziewczynę, obiecując, że nikomu nie naskarży.

To była komisja dla dzieci z tzw. dostosowaniami, czyli z różnymi ułatwieniami, które odpowiadają na ich trudności rozwojowe. Procedury swoją drogą (np. wydłużenie czasu na rozwiązywanie zadań), ale zdrowego rozsądku jednak nic nie zastąpi. Im więcej sztywnych procedur, tym gorzej dla dzieci.

Najlepszym przykładem na potwierdzenie powyższej tezy jest dostosowanie, które nazywa się „nauczyciel wspierający w pisaniu”. Taka pomoc może być przyznana uczniom ze skrajną dysleksją rozwojową, szczególnie z poważną dysgrafią. Delikwent dostaje na wyłączność osobną salę, osobną komisję, nauczyciela wspierającego oraz dyktafon (bo egzamin jest nagrywany i płytę CD ze ścieżką dźwiękową trzeba dołączyć do protokołu). Zarówno uczeń, jak i nauczyciel dostają swoje arkusze zadań i teoretycznie uczeń ma łatwiej, bo nie musi sam pisać. Praktyka jest jednak bardziej zabawna.

Zgadnijcie, w jaki sposób uczeń ma przekazywać nauczycielowi, co trzeba pisać? Wszak nauczyciel sam z siebie będzie zapewne pisał zgodnie z zasadami ortografii i interpunkcji, a uczeń może sadzić błędy…. Jak to wymyśliły mądre głowy z CKE? Otóż, uczeń ma swoje wypowiedzi… LITEROWAĆ! Powinien chyba też za każdym razem podawać informację, czy dana litera ma być wielka, czy mała, nie?

Ja sobie nie wyobrażam, żebym miała napisać w taki sposób jakieś sensowne wypracowanie. Nie wyobrażam sobie też, by uczeń VI klasy umiał to zrobić w czasie przeznaczonym na sprawdzian i już zupełnie nie mieści mi się w głowie, żeby takie absurdalne wyczyny akrobacji językowej miały być UŁATWIENIEM dla uczniów z obciążeniami rozwojowymi. Zwłaszcza, że prawdopodobnie każdy z nich w pierwszej kolejności ma przyznane inne dostosowanie: nie ocenia mu się błędów ortograficznych.

Gdzie sens? Gdzie logika?

Jedyna logika jest taka, że moja Dyrekcja robi wszystko, by dzieci w swojej komisji miały znanych i lubianych nauczycieli. I taka, że cała moja komisja robiła wszystko, by nasze dzieciaki (pozdrawiam 6e) odstresować.

Nigdy, przenigdy nie opowiedziałam tylu suchych żartów, co dziś! :)

Pa, pa!

31.03.2015 (wtorek)

Dziś ostatni dzień przed pseudo-feriami świątecznymi („pseudo-”, bo pani minister dostarcza nam wielu atrakcji). Zazwyczaj przed rozłąką jest jakoś milej i łatwiej się pracuje. Zaiste, było tak i dzisiaj. Dwa wydarzenia szczególnie zasługują na opisanie.

Po pierwsze, po nauczycielskim szkoleniu na temat tysiąca procedur związanych ze sprawdzianem szóstoklasisty została babka drożdżowa. Jakoś nikt jej nie zjadł i została odkryta tuż przed zamknięciem świetlicy. Rozdałam ją zatem dzieciom, które jeszcze były ze mną. A potem wołaliśmy na babkę kolejnych rodziców. Siedzieliśmy sobie razem nad ciastem, a dzieci miały podwójną radochę: z okazji słodyczy i rodziców w świetlicy. Naprawdę, było to niezwykle sympatyczne wydarzenie.

Po drugie, jest Pola.

Kiedyś już chyba pisałam, że w każdej klasie po jakimś czasie wyłania się grupa dzieci, z którymi trzeba się witać i żegnać indywidualnie. Np. zawsze machają mi prosto w twarz wychodząc z klasą na lekcje i normalne „dzień dobry” skierowane do wszystkich im nie wystarcza – po sprawdzeniu listy musi być indywidualny uścisk. Sama już czuję, że z tymi dzieciakami muszę się przywitać konkretniej i gdy wchodzę do sali, odruchowo szukam ich wzrokiem, bo wszak zaraz przylecą. Pola zdecydowanie jest w tej grupie.

Co wtorek przychodzę do pracy, gdy ona już tam jest. I rytuał odbywa się niezawodnie: Mówię wszystkim „dzień dobry”, zaczynam się rozbierać i zanim skończę, Pola się przyczepia od mnie od tyłu. No, chyba że Haneczka przyczepi się pierwsza… Wtedy Pola jest następna, albo ustalają między sobą, która siada u mnie na którym kolanie. A gdy 2a wychodzi na lekcje, Pola zawsze patrzy mi głęboko w oczy i mówi dobitnie: „Pa, pa!”. „Pa, pa!” jest święte i nic innego go nie zastąpi.

Dzisiaj mama odebrała starszego brata Poli, zanim ta dotarła po lekcjach do świetlicy. Dała też znać, że córkę odbierze prosto z lekcji. W duszy zasmuciłam się nieco, że się nie pożegnam z nią przed feriami (rytuały są ważne także dla styranych pedagogów), ale za chwilę miałam już atak innej klasy i zajęłam się robotą. Jednak po chwili w drzwiach ukazała się Pola we własnej osobie, wystrzeliła w moją stronę, zarzuciła mi ręce na szyję i rzekła słodko (acz stanowczo): „Pa, pa!”. Cała rozmiękłam, daję słowo.

- Ty przyszłaś specjalnie, żeby się pożegnać? – zapytałam.
- No, tak! – rzekło dziewczę z uśmiechem i poszło.

KO-CHAM MO-JĄ PRA-CĘ. Amen.

O oswajaniu Mocnej Furiii

26.03.2015 (czwartek)

Zagadnienie na dziś: Jak sprawić, by wielka złość nauczyciela minęła w sposób naturalny w mniej niż 1 sekundę?

Sposób pierwszy:

Po wielkiej awanturze w szatni, w czasie której doszło do zbiorowych rękoczynów, sadzam klasę 3c na tyłkach. W myślach układam płomienną przemowę, albowiem jestem wielce wzburzona. Wpadam na pomysł, że rozpocznę tyradę od zbadania rozmiarów zniszczeń.

Pytam: „Kto czuje się pokrzywdzony w czasie przepychanek w szatni?
Zgłaszają się dwie osoby. Zamieram zdumiona, bo byłam pewna, że oburzonych będzie wielu.

Sprawdzam dalej: „A kto uważa, że sam coś zrobił nie w porządku?
Osiem osób! I dwie już od razu zaczynają przepraszać!

Furia pokicała w siną dal, a po moich trzewiach rozlała się jakaś ciepła maziaja…
- Już nie jestem zła. Jestem dumna – rzekłam. – Wiecie dlaczego?
- Bo się przyznaliśmy!

Wymiar kary był bardzo łagodny.

Sposób drugi:

Krzyczę i wrzeszczę, bo ktoś tam nie sprząta, a ktoś inny bije jeszcze innego kogoś klockami piankowymi i jest nieczuły na napomnienia.
- Proszę słuchać, kiedy do Was mówię!!! To jest czas na porządki, a nie zabawę!!! Ty i ty, macie zakaz klockowy!!! O co chodzi, Haniu?
- Kocham Panią – rzekła. I było po wszystkim.

Każdy kij ma dwa końce

18.03.15 (środa)

Jakiś czas temu klasę 3c opanowała nowa mania: budowa szałasu zdetronizowała kopanie w ziemi i oto całe stadko dzieci spędza dnie na poszukiwaniu patyków i mizernych próbach formowania z nich lokalu mieszkalnego.

Spoglądałam na to z lekką pobłażliwością, gdyż na naszym podwóreczku absolutnie nie ma tylu patyków, by zbudować z nich cokolwiek (chyba, że dla krasnoludków), aż tu raptem dwa tygodnie temu na podwóreczku rozległ się ryk szczęścia Tośki:

- Proszę Pani! Bóg nam zesłał drewno!

I rzeczywiście, Bóg zesłał wielką stertę porządnych gałęzi. Niestety, chwilę potem zesłał też grad, więc tłum dzieciaków pląsający wśród badyli musiałam ściągnąć do szkoły. Dziatwa była jednak w takiej rozpaczy, że zgodziłam się na 10 min. oczekiwania w szatni. Jeśli ulewa się skończy, to wyjdziemy. Franek padł więc na kolana i zaczął się modlić o pogodę do wspomnianego wyżej Boga. Bóg powiedział: „Nie”. Jednak już następnego dnia budowa szałasu z cudownie pozyskanego drewna ruszyła pełną parą.

Niestety, pomysł spodobał się też innym klasom i nadeszły dla mnie dni tortur: „Oni nam zabrali patyki.” „Ten patyk był mój, poznaję po kształcie.” „Hej, to nasze gałęzie.” „Proszę pani, oni tam zrywają z drzewa, a nie wolno!” „2b nam zepsuuuułaaa!!!” itd.

Cały czas spędzany na dworze wykorzystywałam na budowę (harcerki przydają się w szkołach publicznych), szukanie odpowiednich patyków pośród wielkich gałęzi oraz rozwiązywanie nieskończonej listy zażaleń. Niestety, zdarzyło się, że naprawdę ktoś nam popsuł cały ten szałas… Histerii i wrzasku nie da się opisać. Musiałam wejść na szczyty umiejętności mediacyjnych oraz detektywistycznych, bo albo sama wykryje i ukażę sprawców, albo Mania z Kacprem ich zatłuką.

Wśród apokalipsy absolutnym bohaterem stał się Rysio, który do płaczącej, krzyczącej i kopiącej drzewa Mani, przemawiał spokojnie:
- Maniu, odbudujemy. Źle się stało, ale odbudujemy.
- NIE!!! Nienawidzę ich!!! – odpowiadała Mania – Nigdy tego nie odbudujemy!!!
- Jak powiesz sobie, że nie odbudujesz, to nie odbudujesz. Ale jak uwierzysz, że odbudujesz, to się uda.

Dałam mu punkty za wzorowe przeżywanie trudnych emocji! Akurat taki tydzień mieliśmy…

Pierwsze śledztwo zakończyło się niejakim sukcesem. Sprawcy przeprosili. Nauczyciele ustalili świetne zasady postępowania z cudzymi szałasami i patykami, które w nich się znajdują. Klasa 3c zaś zrobiła piękne ogłoszenia, że prosimy nie niszczyć szałasu i że „UWAGA! Zły pies!” (Hm… o kogo może chodzić?).

Po kilku dniach czerwone kartki odstraszające intruzów wlały już w serca 3c otuchę na tyle, że odbudowa szałasu zaczęła przynosić pewne skutki. Tosia i Mania ramię w ramię z resztą dzieci budowały, wyplatały i ozdabiały zaciekle, aż przednia ściana wyglądała naprawdę porządnie. To był taki dzień, że nikt się nie pokłócił, a najwięksi wrogowie pracowali razem i byli z tego zadowoleni.

Balsam wylał się też na moje zbolałe serce młodego pedagoga:

Tosia: Rysiek, miałeś rację. Jak się uwierzy, to może się udać.
Mania: Tak! Uwierzyłyśmy, że damy rade odbudować ten szałas i się udaje. Hurra!

Kurcze, naprawdę byłam z nich dumna!

A dziś dozorcy rozwalili wszystkie szałasy i ułożyli drewno w wielką stertę tam, gdzie było. Pani kierownik administracyjna kazała. I wiecie co? Nie rozumiem tego.

Walę tynki

13.02.2015 (piątek)

Walenie tynków odbywa się już trzeci dzień.

Panowie dozorcy (jest ich trzech) muszą skuć farbę i tynk z takiego kawałka ściany o powierzchni ok. 1 m2, bo farba oblazła. Na razie, jeszcze nie skończyli, a ściana straszy przy wejściu. Trzymamy kciuki.

Oprócz aspektu murarskiego tytułu tej notki, jest też aspekt miłosny.

Dziś miałam kiepski początek dnia, bo wychowawczyni 2a nie uprzedziła mnie, że idzie z klasą na wycieczkę. Siedziałam, zatem 3 godz. w szkole, czekając na tę klasę. Zamiast na 14:00, przyszłam na 10:00 robić kółko… Bez sensu. Irytuje mnie ten zwyczaj porywania klas bez słowa…

W bezsensownym mega-okienku zrobiłam dekorację na korytarzu, która wyszła ładnie. Tak ładnie, że pani kierownik zaczęła się zachwycać na głos i publicznie. To było miłe i humor zaczął wracać.

Następnie odnaleziona 2a wyraziła opinię, że szkoda, że mają świetlicę ze mną tylko w piątki. To też miłe. Humor zaczął robić się „na plus”.

Po jakimś czasie przyszła do mnie mama A. z umiłowanej 5d z lizaczkiem. Poprosiła mnie na osobność, dała lizaczka w kształcie serduszka i rzekła: „No, bo my panią kochamy!”. Wyciskałyśmy się i już nawet byłam zadowolona z życia.

W okolicy godz. 16:00 przypadkiem zagadałam się w szatni z mamą Kuby z 2b. Owa mam też całkiem przypadkiem wyżaliła mi się, że syn zgubił album z kartami piłkarskimi za 500 zł (!). Odpytałam, kiedy to było i czy zostawił na dworze? Owszem, na dworze. Zatem, wiem, gdzie jest, bo go osobiście znalazłam i oddałam do sali 44. Kuba oszalał z radości i poleciał po album. Album rzeczywiście na niego czekał, więc szaleństwo sięgnęło zenitu. Zostałam wyściskana i ugnieciona z każdej strony. Po 15 min. Kuba wrócił z mamą do szkoły z gigantyczną puszką czekoladek dla mnie. Jak słowo honoru, nigdy nikt mnie tak miło nie potraktował, gdy mu coś znalazłam!

Wiele innych miłych drobiazgów wydarzyło się w dzień walenia tynków. Drobiazgi trzeba zbierać, bo są najlepszym lekarstwem na wkurz i deprechę zawodową. Na deser ostatnia miłosna anegdotka:

Tosia: Proszę pani! Proszę Pani! Będzie ślub! I ja będę druhną.
Justyna: A ja będę trzymała obrączki!
Krysia: Ale będzie wspaniale!
Ja: A czyj to ślub?
Tosia: Julii i Krzysia
Ja: A oni o tym wiedzą?
Mania: Nie…
Ja: Aha. Czyli planujecie ślub bez pary młodej.
Justyna: No tak. I ja będę matką chrzestną dziecka.
Ja: Tego, którego jeszcze nie ma?
Justyna: Tak właśnie!
Ja: A skąd pomysł, że Julka akurat z Krzyśkiem?
Krysia: Bo ona… No! Ona dziś dała Krzyśkowi lizaka…
Tosia: …w kształcie serduszka!
Justyna: I widzi pani. Musi być ślub!
Ja: Oni was pozabijają, jak się dowiedzą…
Mania: Tak. Hi, hi…

I pobiegły w dal chichocząc…

Potwory wracają do nory

06.02 (piątek)

Wczoraj był bal. Fajny bal z fajnym dmuchanym zamkiem do skakania.

Pierwszy wniosek z balowania jest taki, że era Monster High nareszcie się zakończyła! Nie widziałam na imprezie ani jednego potwora firmy Matell i sprawiło mi to niezwykłą przyjemność. Były za to duchy, królowe, motyle, Szczerbatki i Czkawki („Jak wytresować smoka”), czarownice, piraci (zwłaszcza w wykonaniu dziewczynek), roboty z „Gwiezdnych Wojen”, wampirzyca, Angelina Jolie, wszelakiej maści uczniowie Hogwartu, rycerze, i inne dość klasyczne postacie.

Po drugie, moi uczniowie mają poważnie chore oczy. Przyszłam do szkoły z długą laską o zakręconym czubku (kij od szczotki + parasol + taśma klejąca + folia aluminiowa). Ubrałam się w retro sukieneczkę oraz kapelusz nakryty szaliczkiem, co tworzyło efekt czepka. Złapałam pod pachę pluszowego białego psa i tak wystrojona napotkałam tłumek dzieci usiłujących bezskutecznie odgadnąć „za co pani się przebrała?”:
- Za Chińczyka,
- Za Sierotkę Marysię,
- Za turystkę,
- za babcię,

- za św. Józefa???!!!

Józef mnie rozwalił… A ja przecież nawet miałam na usteczkach różową szminkę! Tosia na szczęście zgadła, że jestem pasterką, bo inaczej, zamiast tańcować, chlipałabym gorzko w kąciku.

Dzisiaj zaś, dowiedziałam się, że od rana szukała mnie mama W. (bardzo pomocna, entuzjastyczna i kochana mama, która dużo gada). Podobno była bardzo niepocieszona, że zjawię się w szkole dopiero o 10:00. Spotkałam ją wychodząc po południu z placówki. Przeleciała przez ulicę w miejscu niedozwolonym i wielce zaaferowana mówi:

- Pani M., ale jestem wkurzona! Ktoś nam zabrał mandarynki! Pani jest mediatorem, niech mi pani powie: robić aferę, czy nie?

Na szczęście, wyszło nam, że jednak nie robić awantury, bo najwyraźniej z sali nr 4 owe mandarynki zabrali rodzice kl. 3d i dali swoim dzieciom, zamiast kl. 3c. Wydarzenie ma jednak znamiona pomyłki, a nie zamachu stanu, więc mam odeszła uspokojona.