Konkurs!

135x167-zycieSpoleczenstwo1.png

No, nie płacz, wrócę tu. Nasz los nie taki zły…

26.05.2015 (wtorek)

Jak wyruszyć na wycieczkę?
- Zabrać „Opowieści z Narnii” i kulę disco z sali świetlicowej.
- Podpisać kartę wycieczki i zostawić w sekretariacie.
- Zabrać torbę pełną leków.
- Sprawdzić listę.
- Załadować zgrzewkę wody „na wszelki wypadek”.
- Przyjąć kolejną porcję leków, karteczek z opisem dawkowania oraz… wielki inhalator!

Potem zrobić zbiorowe „pa, pa!” i w ramach prezentu na Dzień Matki jechać w siną dal. My = klasa 3c (ta moja), klasa 2c + pani G. oraz pani psycholog z córką dla ogólnego wsparcia obu klas. Pilotem wycieczki jest pan z firmy wycieczkowej, a po drodze jeszcze zgarnęliśmy pana od Survivalu. Wesoła kompania, nie ma co…

Po moim standardowym występie, podczas którego wcielam się w stewardessę i prezentuję wyjścia awaryjne, metodę zapinania pasów oraz sposób postępowania w czasie gwałtownej dekompresji powietrza w kabinie, moi uczniowie przystąpili do prezentowania mi swojego ekwipunku. Obejrzałam wszystkie książki, latarki, zabawki, słodycze oraz fachową busolę, dzieki której Rysiek i Maciek przez pół godziny nas zamęczali okrzykami „Jedziemy na północ!”, „A teraz na południowy wschód!”, itd. (miało to niewiele wspólnego z rzeczywistością). Po drodze odbyły się tylko dwie serie wymiotów i to w klasie 2c, więc pozwoliłam sobie nie patrzeć. Naczelnej hejterce klasy 3c, Krysi, też zrobiło się mdło pod koniec jazdy, więc musiała przełknąć odrazę i poprosić mnie o pomoc. Wspólne siedzenie na jednym fotelu i głaskanie po rączce milcząco uznałyśmy za ogłoszenie rozejmu.

Na miejsce dojechaliśmy w okolicach pory obiadowej. Miejsce okazało się cudne. I do tego były kozy!

Niestety, zanosiło się na deszcz, więc zajęcia sportowe odbyły się w hali sportowej pobliskiej szkoły. No i wtedy zaczęły się schody. Po pierwsze, w czasie zajęć panie nauczycielki tracą władzę i kontrolę. Ja to zawsze kiepsko znoszę. Po drugie, okazało się, że pan Pilot i pan Survivalowiec pracują ze sobą po raz pierwszy. Pan Pilot musiał jednocześnie ogarniać dwie klasy i uczycić pana Survivalowca, co się robi w takich sytuacjach. Po trzecie, zajęcia były kiepskie. Głównie proponowali dzieciom sztafety w dwóch drużynach. Oznacza to, ze jedno dziecko biegnie, a dwadzieścioro patrzy. Po kilku godzinach spędzonych w autokarze energia rozsadzała moich przyjaciół i trudno było ich okiełznać. Czemu tu się dziwić?

Siedząc na tej trybunie i próbując się zdystansować od narastającego na boisku chaosu, doszłam jednak do pokrzepiającego wniosku… Znam te dzieciaki na wylot. Przynajmniej część. Jeden rzut oka i widać, kto wkurzony, kto znudzony, a kto ma doła… A potem musiałam przerwać rzewne rozkminy i opanować atak furii Mani (patrz: http://bedac-mlodym-pedagogiem.blog.pl/2015/03/18/kazdy-kij-ma-dwa-konce/), gdyż pan Pilot niesłusznie przyznał punkt przeciwnej drużynie i w ogóle, wszystko jest DO BAAANIII!!!

Wieczór przyniósł nowe rozczarowanie. Otóż, mieliśmy dyskotekę! Ale nie jakąś tam zwykłą… To była dyskoteka z muzyką, której dzieci nie znały ani nie polubiły (jakieś umca, umca), bez picia, bez możliwości wyjścia z sali, i z boom-boxem, który nie dawał rady przebić się przez wrzask dzieci. Była za to kula disco. Tak, właśnie ta, którą wzięłam ze szkoły osobiście.

Wyszło też na jaw, że jednak moja 3c jest bardziej marudna niż 2c, która mimo wszystko jakoś tam się bawiła w niesprzyjających warunkach. Za to 3c objawiła inne cnoty:

Lena: Proszę pani, znalazłyśmy z Irenką Kacpra na schodach. Płakał, bo go głowa boli, to go zabrałyśmy na świeże powietrze.

W takich chwilach ciężko znieść, że ktoś inny prowadzi zajęcia. Zawsze wychodzi jakoś krzywo… W końcu zabrałam dwóch z bólem głowy do pokojów, a sama zaczęłam u siebie segregować leki i karteluszki, bo wieczorem miałam rozdać masę pigułek i bałam się, że w tym poginę. Po jakimś czasie za schować rozległ się wrzask i ryk. Klub hejterek klasowych wszedł do mojego pokoju z listą zażaleń, które w sumie wydawały się słuszne, bo wodę na imprezie powinni dzieciakom dać. Napoiłam towarzystwo, wysłuchałam jęków, ogłosiłam czas na mycie i godzinę czytania na dobranoc, a potem zeszłam do wychowawczyni 2c, żeby zapytać, czy naprawdę było tak źle. Krótko gadałyśmy, bo się dowiedziałam, że się z moją klasą pieszczę i powinnam przestać. Na szczęście, miałam w pokoju psychologa i uznałyśmy, że się mam tą opinią nie przejmować.

Potem zaś nadeszły wieczorne rytuały: Syropki, leki, tableteczki oraz zaganianie do mycia. Ja zaś dodatkowo próbowałam znaleźć „Opowieści na Narni” i… NIE BYŁO!!! Toż to katastrofa! Kacper umrze z rozpaczy (już trzy razy pytał, o której będzie narniowanie)! Z paniką w oczach wywaliłam wszystkie rzeczy z torby. Przecież pamiętałam, że brałam tę książkę ze świetlicy! Gdzież ona się podziała?! Nie ma…

Wyszłam bardzo skruszona z pokoju i poszłam do Kacpra.
Ja: Kacper, stała się rzecz straszna. Muszę Cię przeprosić.
Kacper: Tak?
Ja: Nie mogę znaleźć „Narnii”. Poszłam po nią rano do sali i byłam pewna, że zabrałam, ale nie ma. Bardzo mi przykro.

Chłopię od góry do dołu pokryła warstwa smutku. Słowo daję, było widać, jak się rozlewa. Mi się serce ścisnęło, a on do mnie mówi: Nic się nie stało.

Nic się nie stało?! Kurcze, co to za dzieci jakieś niesamowite w tej klasie!

Pożyczyłam w te pędy książkę od Zosi („Piaskowy wilk” – polecam!) i rytuał czytania odbył się zgodnie z planem. Ustaliliśmy też, że „narniowanie” to już nazwa czynności niezależna od tego, jaką książkę się czyta. Książka okazała się w porządku, więc Kacper odżył, a ja razem z nim.

Potem zagoniłam wszystkich do łóżek i zaczęłam nasłuchiwać. W sumie, poszli spać całkiem grzecznie. Jeden babski pokój trochę łobuzował, ale ogólnie wszystko w normie. Były za to dwie ciekawe sprawy w nocy:

Basia: Proszę pani, bo ja się boję tego chrząkania.
Ja: To chrząkanie to Antek, który ma kaszel. Dałam syrop, pewnie mu przejdzie.
Basia: Acha.

Bartek<spotkany około północy na korytarzu o kamiennej posadzce, boso>: Bo ja mam taki problem i nie wiem, dokąd pójść.
Ja: A jaki masz problem?
Bartek: Zimno mi w stopy…
<szok i niedowierzanie>
Ja: Bartek, to trzeba iść po skarpetki.
Bartek: Okay.
Poszłam z nim, ale zanim wyszukałam w jego szafce skarpetki, już spał.

Odbyło się również premierowe budzenie Rysia na siku. Po konsultacjach z panią K. (wszak jest psychologiem i matką) udałam się z lekką tremą do jego pokoju, zapaliłam światło w łazience, otworzyłam drzwi, potarmosiłam go chwilę, powiedziałam: „Rysiek, idź do łazienki”, a on poszedł. Był na tyle przytomny, by zamknąć za sobą drzwi, więc ja nie wiem, w czym miał być problem…

Zasnęłam po północy tylko z lekkim stresem na tle jakości zajęć dnia następnego. Spało się przyzwoicie :)

6c komentarze/y do No, nie płacz, wrócę tu. Nasz los nie taki zły…

Odpowiedz

  

  

  

Możesz użyć tych znaczników HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>