Konkurs!

135x167-zycieSpoleczenstwo1.png

Jasny cel

Cel jest taki: Pierwsza dziesiątka spośród 300 blogów. Zachęcam :) socialImgUn

Skrzyżowanie dróg

20.01.2014 (wtorek)

Przyleciałam dziś super tanim samolotem do Wrocławia celem urlopowania wraz z niejaką Kaś. Zameldowałyśmy się w hostelu, zostawiłyśmy bagaże i wyszłyśmy, żeby kupić coś do jedzenia.

Kogo spotkałam na pierwszym skrzyżowaniu? Tak! Haneczkę z 2a! Moją całkiem ulubioną Haneczkę, która podskakuje z radości, gdy mnie widzi po dłuższej przerwie i zaczyna do mnie śpiewać „Taka, jaka jesteś, jesteś fajna. Nie musisz być idealna.”.

Oficjalnie skrzyżowanie ulicy Ruskiej z Kazimierza Wielkiego we Wrocławiu nosi od dziś imię Hanny Sobczak!

A dla wszystkich kończących niebawem ferie, specjalna dedykacja:

Czekając na ferie

16.01.2014 (piątek)

Ferie nam się tak ułożyły, że pomiędzy okresami laby utknęło tylko 8 dni szkoły. Po przerwie świątecznej młodzież – jak zwykle – zachowywała się niezwykle kreatywnie, a perspektywa kolejnych ferii jakoś nie pomagała im się uspokoić. Trzeba było zagryźć zęby i przeczekać.

Dziś – jak w większość piątków – przyjechałam przed pracą na dyżur mediacyjny. Teoretycznie chodzi o to, że w piątkowe poranki mogę zorganizować mediacje dla skłóconych uczniów mojej szkoły (mediatorami są inni uczniowie po stosownym kursie). Praktycznie wygląda to tak, konflikty nas omijają i gramy z Teresą w „Carcassonne”. A dziś Teresa nie przyszła! Tuż przed lekcjami ruszyłam pod jej salę, aby wyrazić swoje niezadowolenie, ale już po drodze spotkałam moją ofiarę jęczącą przeprosiny. Fakt, że sama chciała mnie spotkać przed lekcjami (i zabrała z sobą Tosię) nieco mnie udobruchał. Dziewczyny przynosiły też nowiny (aby złapać wątek, proponuję: „Smuteczek”):

Tosia: Pani Majewska do nas wraca!
Ja: Czyli znowu będzie waszą wychowawczynią? Super. Skąd wiecie?
Tosia: Rodzice się dowiedzieli wczoraj na zebraniu. Mieli nam nie mówić, ale mama mi powiedziała, żebym nie zareagowała zbyt emocjonalnie. (Mama zna Tosię bardzo dobrze.)
Ja: To chyba się cieszycie?
Tosia: No… tak. Chociaż do pani M. też już się przyzwyczaiłam.
Ja: A Tobie, Teresa, jak się to podoba?
Teresa: Oj, tam… Ja nie tęsknię za nauczycielami.
<chwila refleksji i spojrzenie prosto w oczy> Pani to co innego!

Wyznania Śnieżynki

18.12.2014 (czwartek)

Między 9:30 a 12:30:

Odcięłam metki od 317 mikołajowych czapek. Przetestowałam, że rurki ze światłem chemicznym działają świetnie. Pani A. trzeci raz przypomiała Jej Wysokości Kierownik Administracyjnej o konieczności przygotowania nagłośnienia. Wycięłyśmy wielką błyszczącą śnieżynkę i 6 metrów papierowych sopli (żeby zwisały ze sceny).

Między 14:00 a 15:00:

Sprytni panowie – pierwszy raz w mojej karierze – ustawili nagłośnienie na czas, wraz z wszystkimi dodatkowymi elementami układanki (typu kable o odpowiednich wtyczkach i baterie).

Wraz z umiłowaną 5d ustawiliśmy tron dla Mikołaja i przyczepiliśmy dekoracje. Sprawdziłam płytę 2 razy. Nauczyłam Maćka obsługiwać magnetofon. Założyłam Darkowi Imbrykowi rogi renifera na głowie i kazałam siedzieć na scenie w roli dekoracji. Umalowałam sobie usteczka błyszczykiem, napiłam się wody i czekałam na napływ tłumów.

Godzina ZERO:

Tłumy się zjawiły. Gerard z 4d obdarzył mój makijaż uprzejmym zainteresowaniem, a potem położył się na podłodze. Każda klasa zawiesiła gdzieś w sali gimnastycznej wykonaną przez siebie gwiazdę. Byłam ubrana na biało, a pani A. na czarno. Odbył się wstępny skecz, pt. „Ojej, pomyliłam się, bo byłam pewna, że dziś Andrzejki”. Zmartwiłyśmy się obie, że św. Mikołaj zaspał i zorganizowałyśmy akcję budzenia.

Dzieci wywrzeszczały rozszyfrowane hasło. Mikołaj obdarzył nas swoją przytomna obecnością. Dzieci dalej wrzeszczały i nie chciały słuchać, ale jakoś udało nam się je obsztorcować. Zaśpiewaliśmy „Świeć, gwiazdeczko mała, świeć” najgłośniej i najpiękniej na świecie. Moja świetlica była w ekstazie, że zna obie Śnieżynki. Wychowawcy odebrali upominki od św. Mikołaja i zapakowali dzieci w świecące bransoletki. Wykonaliśmy pierwszy taniec.

Ok. 15:40 – początek katastrofy:

Ustawiłyśmy dzieci w formacji „para za parą” (około 100 par) i czekałyśmy na muzykę. Muzyki nie było, bo magnetofon postanowił przestać czytać płytę, którą wcześniej czytał w całości. Wciąż wchodzili i wychodzili jacyś rodzice. W czasie, gdy kierowniczka zmuszała magnetofon do wysiłku, ja opowiadałam dowcipy, które nie były śmieszne. W trakcie mojego spontanicznego show przychodziły do mnie jakieś dzieci informując, że ktoś tam się bije lub jęcząc, że bransoletka im się rozprostowała, co mnie niepomiernie irytowało, albowiem zabawiałam ponad dwieście osób, a w sali byli inni nauczyciele.

Po kilku minutach walki zarządzono zmianę magnetofonu. Nowy odtwarzacz czytał płytę, za to nie miał odpowiedniej dziurki na kabel, więc zabrali mi mikrofon, żeby go przykładać do głośników. Prowadziłam taniec belgijski w dzikim tłumie bez mikrofonu, umierając ze stresu i gorąca. Gerard w tym czasie siedział na scenie i kopał w dekoracje, a Natalia siedziała po turecku na środku sali i chyba była bardzo obrażona.

Zaczęło się robić późno. Wielki finał, czyli taniec w ciemnościach wśród świecących bransoletek, musiałam uprościć na poczekaniu, bo nie miałam mikrofonu. Dzieci się darły i nie chciały wrócić do par. Wywaliłam kilka osób do kąta. Obie z Panią A. ze zmęczenia dostałyśmy głupawki i wymyślałyśmy jakieś kroki, nie przejmując się tym, że dzieci nie załapały, by iść za nami i robić to samo. Muzyka na szczęście grała.

- Proszę pani, wróciłam ze szkoły muzycznej i nie mam pary. – rzekła Lila, gdy tylko nas zlokalizowała. Machnęłyśmy ręką i wzięłyśmy ją do naszej pary. Zrobiliśmy kółeczko.

Zapomniałam o rozdawaniu nagród, które miałam wpleść w imprezę. Chyba ze dwa razy niechcący warknęłam na kierowniczkę. Dziewczę z 3a podeszło do mnie, żeby zapytać, która godzina (gdy nadawałam coś do tłumu przez mikrofon). Zarządziłyśmy sesje zdjęciowe poszczególnych klas z Mikołajem, który rozdawał wszystkim stosowne czapki. Każdy, kto zrobił sobie zdjęcie, wychodził, ciesząc się bransoletką i czapką.

Po wszystkim:

Miałam kaca zawodowego. Miałam wkurz na magnetofon i na dzieci kopiące w dekoracje, i na zadawanie pytań pani z mikrofonem przebranej za Śnieżynkę. Miałam przyspieszone tętno. Miałam też wyrozumiałych współpracowników i – mimo wszystko – zadowolonych uczniów. Miałam satysfakcję z kolejnego Balu u św. Mikołaja, na którym prezenty były warte złotówkę na dziecko i się podobały. Miałam worki pełne śmieci. Miałam ochotę znowu to zrobić za rok.

Z Panią A. doszłyśmy do wniosku, że katastrofy z magnetofonem nie dało się uniknąć i że to jednak był wypadek losowy, a nie nasze niedopatrzenie. Wyjątkowo paskudne zachowanie uczniów zwaliłyśmy zaś na tych wychowawców, co nie przyszli na imprezę, bo chorowali albo byli na szkoleniu. Także teges… Kac zawodowy nie trwał długo.

WESOŁYCH ŚWIĄT!

And the winner is…

12.12.14 (piątek)

Zostałyśmy dziś zaproszone na przedstawienie przygotowane (uwaga!) przez RODZICÓW klasy 2a. Zrobili je w ramach świątecznego prezentu dla swoich dzieci w wielkiej tajemnicy i z wielkim przejęciem. Razem z panią A. uznałyśmy, że nie wolno nam przegapić takiej okazji i że idziemy. Ja po pracy zrobiłam sobie przerwę na ciasteczko. Ona niestety została wkopana w opiekę nad dziećmi z 2a po godzinach, ale jakoś zachowała zimną krew i dobry humor.

Sala „teatralna” została przygotowana cudnie! Była pełna scenografia, profesjonalne oświetlenie, świece na parapetach, rzędy ławek i krzeseł, muzyczka w tle… Powitała nas pani Mikołajowa i zaczęła się jazda bez trzymanki:
Tata Oli grał babcię w bujanym fotelu.
Taty Kacpra, który robi awantury, nie dało się poznać pod warstwą czarnej farby (grał pająka).
Mama Eli, w roli myszki, trzęsła się z taką częstotliwością, że wydawało się to niemożliwe do osiągnięcia.
Chórek mam wykonywał różne pioseneczki naprawdę ślicznie.
Rodzice Poli w roli psa i muchy wciąż sprawiali wrażenie nastolatków.
Mama Haneczki w czerwonej peruce goniła z siatką na motyle Tatę Krysi.
Ewidentnie: WSZYSCY MIELI FRAJDĘ!

Siedziałam tam z trudem rozpoznając wiecznie gnających, zmęczonych, spóźnionych, oficjalnych, czasami sfrustrowanych lub tajemniczych rodziców w całkiem nowej odsłonie i naprawdę się wzruszyłam. To był niezwykły moment, w którym patrzyłam, jak dorośli ludzie napracowali się, by sprawić radość dzieciom. Tym samym dzieciom, którym ja codziennie staram się sprawić radość. W tamtej godzinie było jasne, że kochamy te same dzieciaki i to nas ze sobą wiąże.

Na fali owego wzruszenia chcę przedstawić Wam też innych wyjątkowych rodziców. O nich trudno napisać coś śmiesznego lub ironicznego, a chciałabym, żeby świat wiedział, że są tacy.

Miejsce III – Mama Maćka (tego, co zrobił plakat o metrze)

Mama Maćka dużo gada i bardzo się wszystkim przejmuje. Jest to jednak urocze, bo najbardziej ze wszystkich rodziców przejmuje się punktami dla drużyn. Przy każdej okazji sprawdza, za co dajemy dodatkowe punkty drużynom w danym tygodniu i szczerze kibicuje swojemu synowi. Znosi nam też regularnie z miejsca pracy zadrukowane jednostronnie gigantyczne arkusze papieru oraz wielkie tekturowe rury. Jednym słowem: popiera nas całą sobą. W Dniu Nauczyciela przyszła do mnie i rzecze:
- Ja wiem, że Panie wolą, jak się dzwoni domofonem, ale ja dziś musiałam zejść, żeby Panią uściskać. Jeśli można.

Miejsce II – Mama Sary

Sara jest w naszej szkole od września. Wybrała się kiedyś ze mną na sobotnią grę terenową i wówczas stałam się jej fanką. Ostatnio zauważyłam jej mamę, gdy odbierała młodszą córkę, więc zagadałam:

- Pani jest mamą Sary, prawda? Ja byłam z nią na tej grze na Kopcu Powstania Warszawskiego.
- Och, wróciła taka zachwycona!
- Oj, ja też byłam zachwycona. Muszę powiedzieć, że ma Pani niezwykle fajną córkę.
- Bardzo mi miło – mama się nieco zadumała. – Tak… Sara to jest bardzo dobry człowiek.

„Dobry człowiek”??? Ludzie, jeszcze nikt mi tak nie opisał swojego dziecka! Kocham już całą rodzinę :).

MIEJSCE I – Mama Tosi (coś o Tosi sprzed lat można przeczytać tutaj)

Tę mamę znam najdłużej, bo to mama z mojej umiłowanej 5d. Nie mam o niej żadnych anegdotek. Nie dokonała żadnego wyczynu. Dostaje I miejsce za całokształt.

Od Tosi (wówczas siedmioletniej) wiem, że „Mama jest dyrektorem departamentu w ministerstwie infrastruktury”. Zawsze pięknie wygląda. Zawsze się uśmiecha. Zawsze cierpliwie czeka na swoje dzieci w szatni. Zawsze miło z nimi rozmawia, gdy one się ubierają. Zawsze jest kulturalna. Zawsze miałam wrażenie, że naprawdę zna swoje córki i je lubi. Zawsze pomaga szukać tego, co zgubiły. Zawsze cieszę się, gdy ją widzę. Zawsze mam ochotę ją przytulić.

Gdy zobaczyłyśmy się po wakacjach, ochota była synchroniczna.

Złota lista złotych Rodziców ma nadzieję się rozrastać.

Gęstość zaświecenia

26.11.14 (środa)

I prawo świetlicowania: Gęstość zaświecenia nie jest stała.

2a pojechała na wycieczkę. Ciesząc się wielce z tego faktu 3c zażądała całej świetlicy tylko dla siebie i pogardziła wychodzeniem na dwór, bo taki luz to wielki rarytas. Przystałam na żądania i wyciągnęłam moje własne osobiste gry, których używamy tylko od wielkiego dzwonu. Największym hitem jest „Carcasonne”, a dziś uruchomiłam po raz pierwszy również „Scotland Yard”(Znacie? Jest super!).

W jednej i drugiej grze sprawdza się przedziwna zasada, że z 5d zawsze wygrywam, a z 3c zdarza mi się przegrać. Jestem za miękka i im podpowiadam. Z Teresą walczę na śmierć i życie (bidulka co piątek na dyżurze mediacyjnym próbuje mnie ograć), a nad takim drobiazgiem to się jednak lituję i sprowadzam topór nad własną głowę. Na szczęście, bywa że nawet z podpowiedziami 3c gra irracjonalnie i mam jakieś szanse.

Realni przeciwnicy w „Scotland Yard” to Tymon i Zosia. Oni potrafią sensownie ocenić sytuację i dowodzić pozostałymi agentami (w tej grze wszyscy są przeciwko jednemu, czyli przeciwko mojej skromnej osobie). Problem w tym, że rzadko ich inni słuchają. Po co jechać szybko tam, gdzie jest złoczyńca? Lepiej trzymać się równomiernego zużywania biletów: raz metro, raz bus, raz taxi… Albo ktoś ma ochotę przejechać przez park. I jedzie bez względu na wszystko, bo tam ładnie. Także dowódcy się denerwują, ale i tak gra się fajowo. Dodatkowa korzyść jest też taka, że pół klasy zażyczyło sobie te gry od św. Mikołaja.

W środku pogoni za mną – złoczyńcą, zjawiła się wśród graczy niejaka Justyna. Międliła coś w dłoniach i miała uroczystą minę. Spojrzałam pytająco, a ona zaprezentowała mi skarb skrywany w łapkach – chusteczkę higieniczną upstrzoną brązowymi plamami:
- Proszę Pani, to jest moja chustka boleści. Ocierałam nią krew ze skaleczenia. Nigdy jej nie wyrzucę!

Następnie oddaliła się statecznym krokiem i do końca dnia oglądała, składała, rozkładała i całowała swoją chustkę boleści. Kiedyś pewnie będzie cenną relikwią…

Po południu zaś nadszedł i dla mnie czas boleści. Ze względu na absencję 2a, inaczej się rozłożyły zastępstwa i po 16:00 miałam już pracować sama. To nie było wcale głupie, bo w środy po 2-giej zmianie nie walą już do świetlicy tłumy. No… Chyba, że cała 3d czeka na imprezę andrzejkową do 17:00 i zjawia się u nas 100% klasy. Bez ostrzeżenia!

Zobaczyłam i zadrżałam! Pięćdziesięcioro dwoje dzieci na mnie jedną! I do tego te dzieci są podniecone, chcą gdzieś łazić i się przebierać! Nie dałam się im się przebrać i chyba nie byłam taka całkiem miła… A potem na pomoc wezwałam Pippi Pończoszankę, przygarnęłam panią P. do pomocy i jakoś opanowałyśmy we trójkę tę boleściwą sytuację. Jednak było gorąco… A domofon dzwonił, i dzwonił, i dzwonił…

Druga linia metra

25.11.14 (wtorek)

Chwilę po przekroczeniu progu szkoły rzucił się na mnie niejaki Jaś, młodszy brat Maćka z 3c, i zaczął mnie męczyć, czy widziałam plakat od Maćka. Nie widziałam, bo dopiero zaczynam pracę. Jaś kazał mi obiecać, że plakat obejrzę. Obiecałam i dopiero po chwili dotarło do mnie, że to wszystko ma mało sensu, bo Maćka od ponad tygodnia nie ma w szkole. Jednak, gdy dotarłam do słodkiej sali 48, sens się znalazł.

Plakat tam był. Od Maćka. Oczywiście o metrze (kocha wszelakie pociągi) i to o II linii tegoż metra, której jeszcze jakoś nie ma. Plakat przyniosła mama, której syn zdecydowanie nakazał ową usługę transportową. Dzieło było gigantyczne i zawierało tekst oraz kolorowe wydruki. Z całą pewnością zaangażowanie mamy nie ograniczyło się tylko do transportowania efektu pracy…

Pani P., która przechwyciła plakat z rąk mamy, wręczyła mi również liścik od Maćka. Taki do kompletu (pisownia oryginalna):

Pani M.!

Jestem chory. Zrobiłem z rodzicami plakat o metrze warszawskim, bo lubię i znam się na metrze. Ela – moja siostra ma szkarlatynę, a ja – Maciek mam anginę. Oboje mamy antybiotyk do 30.11.14. Smutno mi bo ominął mnie ten tydzień o transporcie.
Pozdrawiam, Pani M.! <3

Maciej Wombat 3c

W ten oto sposób Maciek został pierwszym uczniem w mojej karierze, który zdobył 5 punktów dla swojej drużyny, nie przychodząc do szkoły.

Niejaka Krysia – nieoficjalna dziewczyna Maćka – chyba się zainspirowała jego dziełem, bo też postanowiła mi coś dać. Dostałam od niej alfabet! Serio. Z jednej strony karteczki jest napis „Dla pani M.”, a po drugiej stronie lecą litery: A B C D E F G… itd. Fajne, nie?

Dzyndzaj za winklem

12.11.14 (środa)

W ramach rozbudzania patriotyzmu lokalnego bawiliśmy się w „Kto, z kim, gdzie, co robi?” przy użyciu gwary warszawskiej. Każda grupa kolejno proponowała fragment zdania, posługując się słowniczkiem gwary. Myślę, że efekty są warte publikacji:

Arbuz bibera ze skitranym arbuzem w kinolu glancują patrzałki.

Doliniarz z cieciem na facjacie bibera mają cykorię.

Facet naprawiający wihajster za winklem buja się z facjatą prezydenta.

Biberowate grzyby z absztyfikantem w dzyndzaju sztorcują dzieci.

Zerkadło z chewrą w morowej fabryce czekolady robią drakę.

Kaczy kinol z krawężnikiem w patrzałce kitrają morduchnę.

Biber z ambą na krawężniku wołającym „Hamuj piętą!” kręcą arbuzem.

Jeśli chcecie odnaleźć sens tych zdań (a jest on, hm… specyficzny), zapraszam tu:
http://gwara-warszawska.waw.pl/index.php/slownik

Najlepsze w całej zabawie jest to, że po jej zakończeniu te słówka pałętają się po głowie i wszyscy mieliśmy ochotę mówić gwarą dalej. Wypełnia się po raz kolejny moje nowe motto: „Każdy genialny pomysł ma skutki uboczne”.

Miska

03.11.14 (poniedziałek)

Szalone aktywności dzisiejszego dnia mają jeden wspólny mianownik: miskę.

Zaczęłam dziś pracę bardzo-wcześnie-rano w rytmach hitów Disney’a, zmieniłam dekorację w sali, z kimś tam pogadałam i w niezłym humorze zasiadłam po godz. 9:00 do drugiego śniadania. Jadłam sobie kanapkę przy biurku otoczona wianuszkiem sterczących dzieci. Jednym ze sterczących był niejaki Mikołaj, który patrzył na mnie wymownie. Domyśliłam się, że chce coś powiedzieć, więc zachęciłam go spojrzeniem (usta miałam zapchane bułką). Mikołaj spojrzenie zrozumiał i wypalił:

- Moja mama wczoraj rzygała do miski.

Zapowietrzyłam się natychmiast i poczęłam śmiać się, prychać i krztusić jednocześnie. Dzieci patrzą na mnie i nie rozumieją, o co mi chodzi. Kacper spogląda nieufnie, aż w końcu dodał z niesmakiem:

- No… Naprawdę!

Nieco później przyszła do mnie pani v-ce dyrektor z zapytaniem, czy zostanę z 1a na zastępstwie. Oczywiście, że zostanę! Uzgodniłyśmy, że praca od 7:00 do 16:15 to przesada i że wystarczy, jak wezmę z nimi 2 lekcje, do 15:25. Pani dyrektor sobie poszła, a ja zaczęłam szykować się do lekcji. I wtedy spłynęło na mnie przerażające oświecenie. Przy otwieraniu świetlicy spotkałam dzieweczkę z tej 1a. I ona mi powiedziała rzecz koszmarną: Oni dziś robią sałatki!

Dostanę OBCĄ klasę. Obcą klasę PIERWSZAKÓW. Obcą klasę pierwszaków UZBROJONYCH W NOŻE!

Zagryzłam zęby i poszłam. Na wstępie okazało się, że poza sałatką w trakcie 2 godz. lekcyjnych mam też z nimi zjeść obiad. Do tego pani od angielskiego, od której przechwytywałam 1a, nie zabrała z pokoju dziennika, więc nie mogę sprawdzić listy. Chaos narastał, ale jakoś tam się dogadaliśmy, zjedliśmy obiad i zabraliśmy się do zasadniczej roboty.

Tyle rzeczy działo się równocześnie, że nie sposób tego opisać chronologicznie. Chyba nigdy przedtem nie byłam zmuszona do takiej podzielności uwagi. Obierałam kiwi za kiwi, bo dzieci nie umieją; uczyłam wykrajać gniazda nasienne z gruszek (robili plasterki jak leci, razem z pestkami); wyławiałam rzodkiewkę z sałatki owocowej i tłumaczyłam, że gruszka, pomarańcza, rzodkiewka i marchewka to kiepskie połączenie (stwierdziłam, że przeżyję dowolną liczbę skaleczeń, ale wymiotów nie zniosę); obierałam pomarańcze, bo nie mieli siły; wycierałam ręcznikami papierowymi niezliczone kałuże…

O 15:20 mieliśmy sałatki. Zjedzenie i posprzątanie zajęło pół godziny, więc w sumie pracowałam do 16:00, z tym, że ostatni kawałek za darmo… Za to pobawiłam się w Magdę Gessler i 1a mnie kocha.

Po tym kreatywnym zastępstwie przyszłam do własnej świetlicy, położyłam się na wykładzinie i leżałam 15 min., zanim byłam gotowa wyjść do ludzi. To było wy-jąt-ko-we.

Punkty moimi oczyma

31.10.14 (piątek)

Dziś jest ostatni dzień miesiąca, więc wypada podsumować punktację. Emocje w drużynach leciutko już kipiały, gdy pojawiła się szansa na dodatkowe punkty: Pani O., która wpada do naszej świetlicy na kilka godzin w tygodniu uzupełniając swój etat, ogłosiła zapotrzebowanie na prace plastyczne „Świetlica moimi oczyma”. Pani A. usłużnie poparła koleżankę zapowiadając 2 punkty za każdy obrazek. Ja w tym czasie siedziałam w kąciku z Teresą i robiłyśmy plakaty o mediacjach.

Niezwykle się wzruszyłam, gdy po kilku minutach rysowania, Krzysiek przybył do mnie ze swoją kartką i rzekł:
- To jest moja świetlica. Zacząłem od narysowania zamkniętych drzwi.

Urok sytuacji polega na tym, że mam obsesję na punkcie drzwi. Nie umiem pracować z otwartymi. Mam schizę, nerwicę i ataki paniki, gdy do mojego świetlicowego hałasu dołączają wrzaski z korytarza i kolejne osoby wchodzą, wychodzą, trzaskają, gadają w progu tudzież pośród framugi pytają swoje pociechy o to, czy zjadły kanapeczki. Każdy niepotrzebny bodziec należy wyeliminować, więc zawsze pilnuję tych nieszczęsnych drzwi i produkuję regularnie ogłoszenia: „Tutaj lubimy zamknięte drzwi” oraz „Proszę zamykać drzwi. Nawet na chwilę.”. Moją obsesję dzieci darzą zrozumieniem i często same z siebie nurkują pomiędzy nogami dorosłych, aby zamknąć wrota, co zawsze nagradzam promiennym uśmiechem. Dawno temu w pewien piątek usłyszałam też taki tekst:
- Do widzenia. Życzę pani udanego weekendu, żeby było cicho i żeby pani cały czas miała zamknięte drzwi.

Poza epizodem z drzwiami rysowanie przebiegało bez znaczących wydarzeń, aż do momentu, gdy pani O. stwierdziła, że Tymon („Bananowe Frisbee”) dostanie 5 punktów, bo zamiast obrazka napisał wierszyk i wierszyk bardzo się pani spodobał. Cała drużyna wrzasnęła radośnie: „Hurra, wygrywamy!” i poleciała się chwalić przeciwnikom. Przeciwnicy zapłonęli świętym oburzeniem, no bo: „Jak to?! Miało być po 2 punkty, a nie po 5 i przecież Tymon wcześniej umówił się z panią A., że pisze zamiast rysować, więc cóż to znowu takiego wyjątkowego, że napisał?

Delegat drużyny „Hande Hoch” (notabene, zalany łzami, co widziałam po raz pierwszy) poleciał do pani A. tłumacząc wśród szlochów swoje stanowisko. Pani A. zbladła, bowiem znalazła się pomiędzy młotem a kowadłem. Ani nie może anulować decyzji koleżanki, ani nie może się zgodzić na niesprawiedliwość. Obiecała, że porozmawia z panią O., która się bardzo zdziwiła, że tu mamy takie nerwy, bo to przecież święte prawo nauczyciela nagrodzić, to co mu się spodoba. Pani A. jęła tłumaczyć, że punkty są jeszcze świętsze i że skoro było ogłoszone, ile punktów dajemy za pracę, to tak powinno zostać. Ja ostatkiem sił trzymałam się na uboczu i twardo malowałam swoje plakaty, bo nie chciałam pogłębiać chaosu  wtrącaniem się. Atmosfera w sali nadawała się do porąbania siekierą.

Gdy tylko pani A. ustaliła z panią O., że punkty będą przyznane zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, larum podniosło „Bananowe Frisbee” w osobie Krzysia Imbryka (brat Darka we własnej osobie), że „Jak to?! Jak się punkty wpisało, to już nie można usuwać i że za późno!”. Awanturę zrobił dziką i wyrażał się bardzo niemiło, więc pani A. też się zagotowała i jatka zaczynała wchodzić w etap krwawy. W końcu pani A. przysiadła się do mnie i pyta, co robimy… Ustaliłyśmy, że weźmie na rozmowę kapitanów obu drużyn i niech coś wymyślą. Awanturujące się typy będą musiały dostosować się do decyzji kapitanów.

Po 2 minutach sprawa była załatwiona. Rozmowa przebiegła następująco:

Pani A.: Wiecie, jaka jest sytuacja… Obiecałyśmy po 2 punkty, pani O. Wpisała Tymonowi 5. Jeśli zostanie 5 punktów, to „Hande Hoch” będzie pokrzywdzone, a jeśli wrócimy do 2 punktów, to „Bananowe Frisbee” się rozczaruje. Jak myślicie, co będzie sprawiedliwe?
Kapitan HH: Ja myślę, że trzeba dać 2 punkty, a Tymona nagrodzić w inny sposób.
Kapitan BF: <mysli> Tak, to będzie sprawiedliwe.

KURTYNA

Byłam TAKA dumna! I wstawiłam obu kapitanom po 5 punktów bohaterstwa… Mediacje drogą do sukcesu, mości Państwo!
(„Hande Hoch” wygrało, jakby co…)